

Do każdej pogody należy się inaczej ubrać, choć te różnice nie są wielkie.
Na początek buty, to chyba najistotniejsza sprawa. Mokre lub wychłodzone stopy (najgorzej jedno i drugie

<a href="http://www.fotosik.pl/showFullSize.php?id=61b3849ceb1baf9e" target="_blank" class="postlink">

</a>
Muszą byś solidnie zaimpregnowane, ja używam tylko wosku. Na temat impregnacji będzie więcej w Pracowni Lasoty

Skarpety mam na razie trochę mroczne gdyż są to zwykłe skarpety "góralskie" Naturalna wełna pleciona na jakichś drutach, czy szydłach

Jak pisałem wcześniej o ile są suche to spoko.
Wiadomo że do każdego stroju używamy owijek, więc i tu one są nieodzowne. Zapobiegają przemoczeniu goleni, oraz sypaniu śniegu do butów.
Dalej - portki. Użyłem wąskich wełnianych, żadne tam szarawary, po wpakowaniu się w jeżynowe chaszcze, dziękowałem Bogom za taki wybór


Gaci historycznych nie posiadam więc takowych nie miałem

Na wierzch ubrałem się na tzw. "cebulke" tj. giezło lniane+ tunika wełniana+druga tunika wełniana

Do przykrycia używałem płaszcza z półkola, który okazał się skuteczniejszy od kurtki zimowej, było naprawdę cieplutko

Przypomnę o niezbędnej fibułce, nie wyobrażam sobie trzymania płaszcza w garści

No i głowa, jak wiadomo to przez nią tracimy większość ciepła. Jako że z owłosieniem u mnie słabawo, zaopatrzyłem się na wyprawę, w czapkę z liskiem


Jako że w "cywilu" nie noszę rękawiczek, to tutaj postanowiłem zabrać. No i okazała się to zbawienna decyzja. Przecież w historycznym stroju nie ma kieszeni


Do reszty ekwipunku muszę dodać jeszcze czekan-laskę, większość z was kojarzy go. Niestety pękł drzewiec podczas rąbania

Do ekwipunku dodam jeszcze pasek z saxem i kaletką

Przez ramię przewiesiłem sobie bukłak z wodą/grzańcem. Zawsze mieszam wodę z niewielka ilością alkoholu. Po pierwsze woda nie zamarza, po drugie grzaniec, nawet zimny rozgrzewa.

Brak mi jeszcze dwóch bukłaków, jeden na czystą wodę, drugi na olej do kaganka. No ale to już wkrótce ogarnę.
No i worek wyprawowy, zdecydowałem się na niego gdyż mieści mi się pod płaszczem. Koszyk w tym wypadku byłby gorszy. Poza tym przenoszone w ten sposób pożywienie nie zamarza i nie moknie.

Jest to najzwyklejszy w świecie worek ściągany sznurkiem na górze. Z jednym paskiem na ramię.
Jako że pożywienia zawsze się bierze za dużo, tym razem zabrałem minimum. Chleb "Słowiański" z Biedry. wg. mnie bardzo zbliżony do naturalnego pieczywa, trochę kiełbasy swojskiej roboty, no i trochę wędzonej łopatki wieprzowej. Mięska były robione przez mojego ojca. Więc zdrowe, smacze, naturalne. Całość miałem zawinięte w płócienne szmatki i spakowane w skórzane woreczki.

Do wora zabrałem także róg, trochę bardziej dla klimatu, ale jak się okazało po wbiciu go w ziemie blisko ognia Grzaniec się podgrzał. Następnym razem będzie to kamionka. Można nawet w niej coś zagotować.

W razie czego, zabrałem też baranicę(prezent gwiazdkowy od Sigrid


Ognisko powstało niestety nie historycznie. Nie posiadam ani krzesiwka, ani hubki. Co wkrótce mam nadzieję poprawię. Z rozpaleniem i tak było dużo roboty. Przez dwa tyg. padał deszcz. Dopiero z I na II dzień świąt spadł śnieg i ścisnął mróz. Więc wszystko było strasznie nasiąknięte wodą.
Trasa przebiegała po bezdrożach, było to jakieś 3-4 km przemarszu w linii prostej. Niestety tylko tyle gdyż wyruszyliśmy po 14.00 więc mieliśmy jakieś 2h do zmroku.No i to chyba wszystko, w razie pytań, rad lub niejasności zapraszam do dyskusji. Była to pierwsza moja zimowa wyprawa, wypadła całkiem niespodziewanie. Miałem na przygotowanie dwie godziny. Następnym razem będę mądrzejszy o te doświadczenia.
Dodam parę fotek upamiętniających tą wyprawę.






Szczególne podziękowania dla mojego zioma Stokiego, który mi towarzyszył i zrobił fotki.